blog o minimalistycznym stylu życia
RSS
środa, 26 marca 2014

Nowi minimaliści nie zachęcają nas do palenia książek lub miażdżenia płyt CD, lecz jedynie do tego, byśmy zamienili je na pliki cyfrowe, a przedmioty zanieśli do sklepu charytatywnego. Ale przeważnie jesteśmy słabi. Trudno nam wcielić tę filozofię w życie. Na przykład w ubiegłym roku mój brat uprzejmie zdigitalizował kilka moich starych płyt winylowych. Trzymałem je przez dziesiątki lat, choć gramofonu pozbyłem się mniej więcej przed trzema przeprowadzkami. Dzięki bratu cofnąłem się w przeszłość o pół życia, krzywiąc się przy słuchaniu „Beasley Street” Johna Cooper-Clarke’a  („Keith Joseph uśmiecha się, a niemowlę umiera / w pudle na Beasley Street”). Potem wsunąłem płyty z powrotem na półki, gdzie, nieodtwarzane, będą tkwić prawdopodobnie przez kolejne 30 lat. Dlaczego robię coś tak bardzo niezgodnego z nowym, minimalistycznym duchem czasu? Ponieważ moje wspomnienia są owinięte w celofan, karton i winyl. Bo jestem słaby.

15:03, free.mind
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 marca 2014

To był czas, kiedy rodząca się filozofia nowego minimalizmu stawała się interesująca. Na tle agonalnych jęków przedmiotu rozbrzmiewała teza wolnej ekonomii (freeconomics) zachwalana przez Chrisa Andersona, redaktora naczelnego miesięcznika „Wired”. Anderson powiedział nam – i uwierzyliśmy mu – że w naszej epoce, podobno post-przedmiotowej, dzięki internetowi nie musimy wydawać tylu pieniędzy jak do tej pory. Craigslist, Skype, Freeview, Wikipedia i Google stworzyły populację klientów, którzy nie tylko nie mają ochoty za nic płacić, ale wręcz oczekują, że towar będzie darmowy i prawie wcale nie zajmie miejsca w ich ciasnej klitce.

Internet zrewolucjonizował ekonomię, powiedział wtedy Anderson. W internecie koszty krańcowe produkcji i dystrybucji są zerowe lub bliskie zeru. Oznacza to, że można teraz znacznie odważniej niż w erze przedinternetowej eksperymentować z rozdawaniem za darmo pewnej rzeczy po to, aby sprzedać coś innego. I nie tylko: mogliśmy definitywnie zrewolucjonizować wygląd naszych mieszkań.

14:25, free.mind
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 marca 2014

Aby zrozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło, musimy cofnąć się do okresu bezkrólewia pomiędzy Walkmanem Sony a iPodem Apple. Pamiętacie, gdy siadaliśmy w autobusie z przenośnym odtwarzaczem CD, zmieniając płytę co 40 minut? Dziesięć lat temu na dłuższą podróż transportem publicznym zabierałem pudełka z operami Wagnera. Zmienianie płyt było takim zawracaniem głowy, że pod koniec było mi już obojętne, czy Walhalla spłonęła, czy nie.

I wtedy pojawił się iPod. Czuliśmy się tak wolni, tak nieskrępowani, tak nie nękani bólem ramienia, gdy kroczyliśmy dumnie, podśpiewując „I Luv You” Dizzee Rascala lub kiwając mądrze głową, zasłuchani w podcast BBC „In Our Time”.

A potem przywoziliśmy nasze iPody domu i patrzyliśmy na półki z rosnącym rozczarowaniem i z taką myślą: No dobrze, ale po co trzymam te wszystkie płyty kompaktowe, jak jakaś ofiara losu? Sprzedaż stojaków na płyty CD gwałtownie spadła. A później znów siadaliśmy na kanapie, patrzyliśmy na te wszystkie cholerne książki w naszej biblioteczce Billy z Ikei, myśląc tak: Kurczę, kiedy ktoś, najlepiej któryś z pachołków Steve’a Jobsa, zrobi dla książek to, co właśnie zrobiono dla muzyki?

A potem zaświtała nam w głowie kolejna myśl. Po co kupować nagrania na iTunes, które (mówiąc szczerze) są absurdalnie drogie? Dlaczego po prostu nie pobierać ich strumieniowo z serwisu Spotify? Albo – choć nie powinno się tak robić – za symboliczną opłatą pożyczać płyty z biblioteki i zgrywać je na twardy dysk? 

12:32, free.mind
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
Najlepsze strony
Fajne stronki, fajne strony, ciekawe strony, blogi
DOBRE STRONY
Ciekawe Blogi
---------------------
Chrześcijaństwo
Religie
Polityka